Turcja ma wiele twarzy, ale ta, którą zobaczysz w okolicach jeziora (i miasta) Burdur oraz miejscowości Isparta, jest intensywnie fioletowa. Pola lawendowe, bo o nich mowa, to miejsca, które w ostatnich latach stały się absolutnym hitem Instagrama. Co ważne dla planujących trasę – ten fioletowy raj leży rzut beretem od słynnego jeziora Salda, o którym pisałem już wcześniej (warto tam zajrzeć dla nieskazitelnie białego piasku, ale o tym przeczytacie w [osobnym wpisie tutaj – Jezioro Salda w Turcji – turkusowa perła i kąpiele, które obudzą Cię jak Zombie]. Czy jednak jako niezależny podróżnik, który unika komercyjnego zgiełku, powinieneś pchać się w te lawendowe tłumy?
Gdzie jest i jak wygląda to miejsce?
Nocleg w lawendzie – lekcja pokory i frycowe
Moja przygoda z lawendą zaczęła się od klasycznego błędu, przed którym zawsze ostrzegam: nigdy nie bierz pierwszej okazji, jaką napotkasz na trasie. Dojeżdżając wieczorem do wybrzeża jeziora Burdur, ulegliśmy czarowi pierwszego napotkanego poletka. Zapach był obłędny, a perspektywa poranka w fioletach – kusząca.
Skorzystaliśmy z gościnności starszej pani, która za nocleg przy swoim stoisku (z dostępem do prostej toalety i umywalki) zaśpiewała cenę z kosmosu. Mimo negocjacji przez Google Translate i zbicia kwoty o połowę, zapłaciliśmy tzw. frycowe za niewiedzę.

Estetyka vs. Autentyczność
Pola lawendowe w Turcji to specyficzny miks natury i… festynu. Znajdziesz tam wszystko, co potrzebne do idealnej fotki: fioletowe rowery, motocykle, stare wozy, a nawet pomalowane drzwi stojące pośrodku niczego. Dla mnie to momentami zbyt „cygańskie” i prymitywne, ale rozumiem ten fenomen. Tłumy turystów z autobusów rzucają się na te instalacje, kupują lawendowe perfumy, mydła, a nawet jedzą lawendowe lody.
Jeśli jednak szukasz autentyczności, porozmawiaj z właścicielami (Jak już tak daleko dojechałeś to wiesz że turcy lubią rozmawiać – translator nie nadąży tłumaczyć). Dowiedziałem się, że te potężne krzaki, które tak efektownie wychodzą w kadrze, to nie jest wynik jednego sezonu i sypnięcia nawozem. To 20 lat regularnego przycinania, pielęgnacji i walki z naturą, żeby lawenda nabrała takiej formy. Kiedy uświadomisz sobie, że te fioletowe dywany to czyjeś pół życia spędzone w słońcu przy motyce, te wszystkie pomalowane drzwi i rowery przestają tak bardzo kłuć w oczy. Stają się po prostu rozpaczliwą, lokalną próbą monetyzacji czegoś, co rośnie tu od dekad.

TIP
Jak przeżyć lawendowy szał i nie zwariować?
Jeśli planujesz odwiedzić okolice Isparty, weź pod uwagę te trzy rzeczy:
-
Złote godziny: Wieczór i wczesny poranek należą do Ciebie. Nie ma tłumów, możesz swobodnie latać dronem i cieszyć się zapachem bez szumu wycieczek.
-
Uważaj na „współlokatorów”: Lawenda to królestwo pszczół. Stanie kamperem bezpośrednio przy krzakach brzmi romantycznie, dopóki nie spróbujesz zjeść śniadania na zewnątrz.
-
Parkowanie: Najlepsze punkty widokowe (te z jeziorem w tle) często nie mają parkingów. Wymaga to sprytu i szybkiej reakcji z aparatem.

Werdykt
Mimo komercyjnej otoczki, warto. Estetyka tego miejsca, zapach i możliwość noclegu pod gwiazdami w takim otoczeniu to doświadczenie, które zostaje w pamięci. Pod warunkiem, że zrobisz to na własnych zasadach, poza utartym schematem. Prawdziwa podróż zaczyna się tam, gdzie kończą się przygotowane pod turystów parkingi, a zaczyna kurz bocznych dróg i autentyczna ciekawość tego, co za kolejnym pagórkiem. Warto czasem zapłacić to „frycowe”, byle tylko rano obudzić się w miejscu, gdzie jedynym filtrem jest wschodzące słońce i fiolet po horyzont. Bo w ostatecznym rozrachunku liczy się to, co poczułeś, a nie to, jak idealnie wyszło to na zdjęciu.













